piątek, 26 lipca 2013

Cz I

Większe miasta zawsze są głośne, ulice brudniejsze a ludzie bardziej zabiegani. Nikogo nie obchodzi dziewczyna siedząca na ławce z ogromną torbą podróżną. Uśmiechnęłam się. Tego właśnie chciałam, żeby nikt nie zadawał pytań, nikt nic nie wiedział, niczego nie żądał. W moim rodzinnym mieście 5 minut później kilka osób prowadziło by dochodzenie, a koleje 5 całe miasto miało by mniej lub bardziej błędne wyobrażenie na mój temat. Pochyliłam się, aby poprawić przewracającą się torbę, gdy podniosłam wzrok miejsce obok mnie było zajęte. Staruszek w marynarce i zabawnej staromodnej muszce w kropki siadł na drugim krańcu ławki. Kto się tak ubiera?- pomyślałam.
-O gustach się nie dyskutuje- usłyszałam, zaskoczona spojrzałam na niego próbując zrozumieć co się stało. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mój uśmiech mógł wyglądać odrobinę złośliwie. Zrobiło mi się głupio, miałam ochotę skłamać, ze jego muszka jest bardzo ładna lub że patrzałam na coś w oddali. Jak to wypada powiedzieć w takich sytuacjach, kiedy niekoniecznie świadomie zrobi się coś niegrzecznego. Po chwili jednak zamknęłam usta. Czy nie dlatego tu jestem? Po to, by nikt mnie nie osądzał, bym mogła normalnie żyć. Żebym mogła mówić to co myślę, a nie to, co wypada.
-Moim zdaniem jest straszna, przepraszam jeśli pana uraziłam, ale w końcu mamy wolność słowa. A ja nie jestem panu niczego winna.
Wstałam zdenerwowana, za dużo razy powstrzymywałam się od czegoś, tylko dlatego, ze tak wypada. Tak naprawdę nic nie musimy robić. Dlaczego mamy podporządkowywać się zasadom wymyślonym i ogólnie przyjętych przez ludzi. A w końcu ten dzień miał być pierwszym dniem mojej wolności. Nie wiem dlaczego, ale zdenerwowałam się. Potrząsnęłam głową, jakby miało mi to pomóc zapomnieć. Pomyślmy logicznie, cco teraz? Zapytałam samą siebie.  Następny punkt: gdzie mam spędzić noc. Nie zastanawiałam się do tej pory kto mógłby zaoferować nocleg niepełnoletniej dziewczynie, której wygląd jasno dawał do zrozumienia, ze uciekła z domu. Skrzywiłam twarz. A powinnam. Duży zegar na rynku wybił 17. Cały dzień spędziłam na napajaniu się swoją wolnością zapominając o najważniejszej rzeczy. Postanowiłam zapytać napotkanych ludzi. Przy długim rzędzie straganów trwało wielkie pakowanie swoich niesprzedanych dóbr. Każdy zbywał mnie, zapewniając jak mało ma czasu, jak szybko musi być w danym miejscu i jak bardzo nie ma czasu odpowiedzieć tak lub nie. Zrezygnowana przez chwilę przyglądałam się starszej kobiecie. Po wyglądzie nie trudno było wywnioskować, ze darzy solaria wielką sympatią. Do tego czarne, jak mniemam farbowane włosy i różowy strój. Całości dopełniała różowa szminka momentami padająca w fiolet. Zbliżała się ponownie do stoiska od strony parkingu. W tym świetle wyglądała jeszcze gorzej.
-Pomóc ci w czymś? -zapytała najwidoczniej zirytowana moim towarzystwem nawet nie zaszczycając mnie swym spojrzeniem
-Szukam jakiegoś noclegu, wie może pani gdzie można tu coś znaleźć? -Wreszcie przerwała grzebanie w pudłach i spojrzała na mnie.
-Nikt tu nie szuka kłopotów -oznajmiła po czym najwidoczniej uznała rozmowę za skończoną bo wróciła do załadowywania pudeł. Czy naprawdę wyglądam jak bezdomna? Zapytałam samą siebie.
Robiło się coraz ciemniej, gdy dotarło do mnie, że tą noc będę zmuszona spędzić tutaj. Zabrałam torbę i położyłam się wygodnie na ławce. Mogłabym pomyśleć, że jest źle, że mogłoby być lepiej. Nie wiem do końca czego się spodziewałam. Nie powiem, że ta decyzja była do końca perfekcyjnie zaplanowana, jednak teraz nie miałam wyjścia. Tak, to była słuszna -decyzja powtarzałam sobie. Zawsze gdy podjęliśmy jakąś nieodwracalną decyzję, najlepszym wyjściem jest przekonanie się do jej słuszności. Rynek wyglądał jak kadr ze starego filmu, było już dość ciemno, lampy nadawały temu staremu miejscu mnóstwo uroku. Brakuję jedynie pary zakochanych i zachodu słońca. Gdzieniegdzie pojawiały się jeszcze sylwetki ludzi, ale ten widok był coraz rzadszy. Najbardziej niepokoiły mnie piętrzące się chmury, których jak na złość przybywało. Aby przyśpieszyć czas, próbowałam się czymś zainteresować, lecz nawet gołębie pogardziły moim towarzystwem. Zrezygnowana sięgnęłam do torby i postanowiłam sprawdzić co właściwie spakowałam. Niestety nawet nie przewidziałam zabrania czegoś na wypadek deszczu. W duchu przeklinałam telewizyjne prognozy pogody. Cały tydzień bez kropli deszczu. Trzymam za słowo. Udało mi się wygrzebać brzydki ale gruby sweter z kapturem, który założyłam, chodź nie było mi zimno. Co teraz, gdy patrzałam na sylwetki ludzi pozapinanych pod szyję wydało mi się dziwne. Po dotknięciu czoła stwierdziłam, ze bez dwóch zdań mam wysoką gorączkę. Ze smutkiem spojrzałam na ostatnią kanapkę.  Wzdragałam się, gdy na moim nosie wylądowała niespodziewanie kropla deszczu. Po uważnym obejrzeniu okolicy najrozsądniejszym miejscem wydał mi się kawałek chodnika przed pizzerią, nad którym rozciągał się sporych rozmiarów parasol. W dzień najwidoczniej znajdowały się tu jakieś stoliki lub chociaż ławka. Zabrałam ciężką torbę bardziej sunąć ją po ziemi niż niosąc. Nie dbałam o to, że mogę ja zniszczyć, byłam zła i nie wiedziałam co robić dalej. Z każdym krokiem czułam coraz więcej kropel wsiąkających w sweter. Zanim skryłam się w suchym miejscu włosy miałam już wilgotne.  Było ciemno, więc z ulicy na pierwszy rzut oka byłam niezauważalna, skrywając się w rogu. Boże, skończyłam jak bezdomny. Teraz gniew minął, było mi siebie po prostu żal. Próbowałam się nad sobą nie rozczulać, powtarzałam sobie, że nie może być gorzej, na co niebo jakby podejmując wyzwanie odpowiedziało potężnym grzmotem. Zamknęłam oczy i zaczęłam delektować się świeżym powietrzem.Czułam się coraz gorzej, a co gorsza ze smutkiem stwierdziłam, że po ponownym przeszukaniu torby, że nie wzięłam żadnych lekarstw. Cisze przerwało kolejne uderzenie pioruna. Czułam się zaniepokojona, coś zwróciło moją uwagę, chodź do końca nie umiem wytłumaczyć co. Ten odgłos był jakiś inny. Nonsens, jestem po prostu zmęczona. Ponownie zamknęłam oczy próbując wyobrazić, że leżę w łóżku, jest mi ciepło i... Usłyszałam ciche skomlenie. Odsunęłam torbę i próbowałam zobaczyć skąd dochodził dźwięk. Pochodził on najprawdopodobniej z pobliskiej ulicy. Z nieba padał deszcz, coraz bardziej przybierając na sile. Najgorzej martwiła mnie myśl, nic nie zapowiadało, żeby miał on przestać. Zrezygnowana miałam zamiar wrócić na zagrzane miejsce w kącie, gdy zacisnęłam wargę i zaskakując samą siebie wybiegłam w kierunku pisków. Przebiegłam kilka metrów nasłuchując uważnie coraz głośniejszych dźwięków. Ulica zdawała się być dużo dłuższa niż w rzeczywistości, większość latarni nie działała, co sprawiało, ze momentami było zupełnie ciemno. Byłam już kompletnie przemoczona, gdy wreszcie spostrzegłam brzydkiego, mokrego, skulonego psa. Przez moment przyglądałam mu się, przyglądając mu się uważnie. Wyglądał niegroźnie, lecz mimo to ostrożnie wyciągnęłam do niego rękę. Przysuwałam ją powoli oczekując jego reakcji. Gdy dłonią dotknęłam w końcu jego mokrego futra wstrzymując oddech, patrzył na mnie smutnymi oczami, po czym zaskomlał przyjaźnie i zaczął delikatnie merdać ogonkiem. Wsunęłam ręce pod jego ubłocone futro, chcąc zabrać go pod pizzerie, które stało się miejscem mojego aktualnego ''zakwaterowania''. Zaskomlał przenikliwie. Wystraszona nie poddałam się i obróciłam go na brzuch. Cały bok miał we krwi. Zastanawiałam się, co zrobić,bojąc się o zakażenie. Gdybym tylko zabrała apteczkę. Kolejna rzecz, której nie przewidziałam. W duchu przeklęłam samą siebie. Przez moment wyobrażałam sobie, jak sama zareagowałabym gdyby do moich drzwi zadzwoniła dziewczyna, wyglądająca na bezdomną, z małym paskudnym psem w krwi w dodatku w środku nocy. Nie, nikt mi nie otworzy. Po chwili dostrzegłam fragment obroży skryty pod gęstym futrem. W nadziei wyciągnęłam dłoń i... JEST! Adres. Spojrzałam najwidoczniej zalany zegarek, którego wskazówki niemiłosiernie stanęły. Nie miałam pojęcia o ulicy z obroży, lecz mimo to postanowiłam odnieść psa. Z torby przyniosłam za dużą na mnie bluzę w którą zawinęłam trzęsącego się psa. Chwyciłam go gdy nagle świat zawirował. Schyliłam się i oparłam ręce na kolana próbując odzyskać równowagę. Podniosłam głowę, w szybie spożywczaka ujrzałam swoje odbicie. Mokre, posklejane ciemne włosy przyklejały mi się do bladej twarzy. Przerażona swoim odbiciem dotknęłam czoła, które zgodnie z moimi oczekiwaniami było strasznie gorące. Na tle twarzy usta wydawały się krwawoczerwone, a niebieskie oczy jaśniejsze. Z uśmiechem stwierdziłam, że wyglądam jak bohaterka horrorów, które niegdyś oglądałam w towarzystwie ojca. Podniosłam psiaka, który skomlał złowrogo wyraźnie prosząc abym dała mu spokój. Zarzucając ciężką torbę na ramię ruszyłam w dół ulicy. Wszystkie domy zdawały się być jednakowe. Nie miałam pojęcia gdzie idę, mając nadzieję, że coś przyjdzie mi do głowy. Po kilku minutach drogi postanowiłam odpocząć, nie robiłam tego tak bardzo dla siebie o ile dla tego biednego stworzenia. A bynajmniej tak sobie wmawiałam. Ulica była ciasna, nie wiem, która była dokładnie godzina ale spodziewałam się, ze niedługo zacznie się rozjaśniać. Czułam się naprawdę okropnie a ramię bolało mnie od niewygodnego paska torby. Usiadłam i przytuliłam do siebie psiaka. Przestał wydawać jakiekolwiek dźwięki, patrząc nieobecnym wzrokiem, zrobiło mi się go strasznie szkoda. Nie wiem co bym zrobiła, gdybym po przebudzeniu znowu spostrzegła, że jestem sama. Chciałam, żeby poczuł się lepiej. Ze smutkiem stwierdziłam, że kierują mną egoistyczne pobudki. Nie chcę być sama. Oparta o ścianę oglądałam coraz spokojniejsze kałuże. Byłam od tylu godzin kompletnie przemoczona, że koniec ulewy nie robił na mnie żadnego wrażenia. Zamykałam oczy i po coraz dłuższych chwilach otwierałam. Było mi coraz zimniej i paradoksalniej czułam coraz bardziej przejmujące ciepło. Oczy zamykały się coraz szybciej i otwierały coraz powolniej. Świeże powietrze było coraz zimniejsze i szybsze wdychanie go sprawiało niemalże ból. Nie dostrzegałam już, a może nie chciałam widzieć kształtów. Powieki zdawały się być coraz cięższe. Czułam się potwornie.
-Będzie dobrze -powiedziałam, nie wiem, czy do psa, czy chciałam dodać otuchy samej sobie. W końcu otworzyłam oczy i na prawie jasnej ulicy dostrzegłam coś, co zmusiło mnie do koncentracji. Zielona tabliczka w oddali pokazywała nazwę ulicy z obroży. Przez moment zastanawiałam się, czy to nie jedna z tych brutalnych chwil, kiedy śnię, po czym świat brutalnie zmusza mnie do powrotu do rzeczywistości jak to ma w zwyczaju. Zamknęłam oczy kilka razy za każdym razem sprawdzając, czy się obudziłam. W końcu oparłam się o ścianę i delikatnie zaczęłam się podnosić. Każdy ruch powodował dotkliwy ból na przemoczonym ciele. Delikatnie schyliłam się, czując przeszywający ból w  krzyżu, zabrałam psiaka i drugą ręką złapałam za torbę. Szłam przed dłuższą chwilę zamykając na długo oczy. Ogarnął mnie lęk, nie wiem dlaczego, ale nie odczuwałam już żadnych emocji. Nie byłam zła, ani wesoła. Beznamiętnie stawiałam kroki nie koncentrując się na niczym innym. Prawa, lewa, prawa, lewa. Drętwienie w nogach przeraźliwie się nasilało, co zmusiło mnie do jeszcze większej koncentracji. Dotknęłam ramienia, co przyprawiło mnie o przeszywający ból. Prawa, lewa, prawa, lewa. Psiak zupełnie ucichł, nie byłam pewna, czy dalej żyje. Prawa, lewa, prawa, lewa. Nie przejęłam się tym, nie czułam nic, wszystko było mi obojętne, chciałam, żeby to się wreszcie skończyło. Nie byłam nawet pewna o koniec czego mi chodzi. Świat, uliczki, latarnie, zdawały się powoli oddalać. Kolejne kroki były coraz gorsze, prawa, lewa, prawa, lewa. Powtarzałam sobie w kółko jak mantrę. Przestawałam czuć jakikolwiek ból. Nagle zatrzymałam się, ogarnęło mnie przekonanie, że umieram. Nie umiem tego wytłumaczyć, pamiętam jedynie, że im bardziej odczuwałam przenikliwe gorąco w środku, tym bardziej byłam tego pewna. Prawa, lewa, prawa, lewa. Oddychało mi się coraz ciężej, moje serce biło coraz głośniej. Pamiętam, że zamknęłam oczy, gdy je otworzyłam ,byłam pod kamienicą. To było coraz trudniejsze -prawa, lewa, prawa, lewa, ponownie zamknęłam oczy. Byłam pod drzwiami. Nie wiem dlaczego. Nic zresztą nie zaprzątało wtedy mojej głowy. Nie myślałam zupełnie o niczym. Nie czułam nic. Nic mnie nie obchodziło. Może naprawdę niedługo umrę, a może nawet już umarłam. Czy nie teraz powinny pojawić się orszaki aniołów? Pamiętam, że usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi, nie wiem, może to ja go nacisnęłam, bo ponownie zamknęłam oczy, tym razem chyba już ich nie otwarłam. Pamiętam światło, jakiś głos. Później najprawdopodobniej osunęłam się na ziemię.

czwartek, 25 lipca 2013

Wstęp

Wstęp do mojego opowiadania ''Tysiąc małych kawałków'' Mam nadzieję, że wam się spodoba, proszę o komentarze z refleksjami a także konstruktywną krytyką. :)
     Światło starej lampki padające na jej twarz sprawiało, że wyglądała jeszcze poważniej niż zazwyczaj. Ciemne mokre włosy zachodziły na jej starą twarz, zasłaniając przy tym jej smutne, zielone oczy. Miała na sobie rozpięty, mokry płaszcz i gruby, zresztą również mokry zielony golf. Siedziała przy stole spoglądając nieobecnym wzrokiem w dal. Pokój przepełniały jedyne donośne odgłosy ulewy szalejącej za oknem.
-Więc nie mogę liczyć na pańską pomoc?- zapytała w końcu z rezygnowaniem podnosząc filiżankę, następnie spojrzała na niego wyczekując odpowiedzi. Jedyne na co mogła liczyć to bezradny uśmiech. Westchnął w końcu podnosząc się z krzesła. Po czym rozchylając szare zasłony otworzył skrywane za nimi okno. Odgłosy deszczu stały się donośniejsze a cały pokój wypełniło orzeźwiające powietrze. Całe ulice tonęły w deszczu, który dawał o sobie znać nieprzerwanie od kilku dni. Ulice były nieprzejezdne, a chodniki puste. Co zdawało by się wykluczyć niespodziewane wizyty. Pokój nabrał zupełnie innego wyrazu. Już nie przypominał sceny ze starego filmu, które tak lubiłam oglądać. W tym świetle widać było dokładnie siwe włosy i starą twarz człowieka stojącego przy oknie a także szarą poplamioną gdzieniegdzie marynarkę. Zamknął oczy biorąc potężne wdechy, rozkoszując się najwidoczniej napływającym, świeżym powietrzem.
-Niestety -odrzekł w końcu opuszczając bezradnie głowę, co najwidoczniej oznaczać miało koniec rozmowy.
Kobieta westchnęła ciężko przenosząc wzrok na pustą filiżankę. Na stole pozostawiła kartkę z trudem wyciągniętą z jednej z kieszeni płaszcza. Następnie w towarzystwie pana Bańki wyszła. Zdawało by się słyszeć pomruki rozmowy na klatce, niestety deszcz zagłuszał i tak niedosłyszane słowa. Po chwili wrócił, wyraźnie przejęty zaistniałą sytuacją i usiadł na krześle. Położył ręce na stole i schował w nich głowę oznajmiając:
-Możesz już wyjść